środa, 18 czerwca 2014

trudne wybory...

... o które obwiniam własną głupotę i nieobeznanie ze wszystkim, co możliwe. A mianowicie o studia. Nie, właściwie o dostanie się na nie, a tak na serio to o brak możliwości, aby się na nie dostać. Zawalić sprawę u mnie trudno nie jest, przez co teraz jęczę, chodzę po domu jak zjawa z brakiem nadziei na cokolwiek pozytywnego, wkurzając każdego napotkanego w nim człowieka, który ma mnie już dość i nie wie, co mi na to poradzić. Jestem w dupie. Kompletnie.
Siedzieć rok w domu i podejść do kilku egzaminów za rok - jestem za tym w połowie, a w drugiej jestem istotą, która chce od razu iść na studia i określać się tym zacnym mianem 'studenta'. Jednak wszystko, co mam to historia na podstawie i brak jakichkolwiek możliwości dostania się na dzienne. Nędza i rozpacz. I to w swojej najgorszej, możliwej odsłonie. Zawsze można spróbować, ale kto mnie przyjmie z podstawą na dzienne? No i kasa za rekrutację by przepadła. Niby 80 złotych, ale jednak. Chyba, żebym złożyła na jakiś nieoblegany kierunek, ale co z tego, jak bym studiowała nie to, co bym chciała? Serio, ciężko mi jest, bo nie wiem sama, co mam z tym wszystkim robić, a każdy dookoła sam nie wie, co mi podsunąć. Niby fajnie by było zostać w domu na rok, jeśli szczęście dopisze, załapać się na jakiś staż, i bez spiny potem, z rozszerzonymi zdanymi w maju za rok wystartować. Za rok. To takie odległe, prawda? I smutno by mi było (no i jest),  że kiedy moi znajomi będą sobie studiować, ja będę siedziała na stażu (albo i nie) przez brak myślenia w tej sprawie.
Swoje żale musiałam tutaj wylać, bo jak wspomniałam, nikt mnie nie chce słuchać już w domu, a koleżanek to chyba nie obchodzi. Jedynie mogę wzruszyć ramionami i czekać, aż natchnienie samo przyjdzie. O ile przyjdzie.